Prolog – 06:34

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy. Budzik – dopóki go nie wyłączysz. Sytuacja, zdawać by się mogło, powszednia, i to na tyle, iż zatracić powinna cały tragizm jednostki skazanej na bezproduktywne porzucenie mglistej krainy snu na rzecz realnego ekwiwalentu. Siłą rzeczy jednak nie sposób się do niej przyzwyczaić. Mój bohater – załóżmy, iż zatytułuję go dość niepozornie – ja, niepomny na przestrogi ostatnich lat, podczas których nieustannie ćwiczył się w trudach wstawania o 6.00 i błyskawicznego parzenia kawy, znów położył się za późno. Kilka chwil dość szybko znalazło groteskowe odzwierciedlenie na tarczy zegarka, którą o 2.56 usytuował na brązowym, peerelowskim stoliku z historią, której nie powstydziłby się król Maroko. Ja więc, ułożył się dość schludnie w ramionach ukochanej, świadom tego, iż za nieco ponad 3 godziny skazan zostanie na trudy dnia kolejnego, zaś mimo to dzielnie zamknął oczy – następnie zaś z trudem je otworzył w takt słów wyrzucanych przez Organka. Rytualnie zaparzył kawę, którą staropolskim obyczajem sączył dokładnie przez czterdzieści cztery minuty i rozmyślał o bliżej nieokreślonej (i raczej odległej) przyszłości, którą definiował zapewne jak większość z nas.

– Będę… – myślał, i w głowie pojawiały mu się miliony konfiguracji z sobą pośrodku. Z natury próżny, widział się na szczycie list przebojów/bestsellerów/wiadomości, w zależności od tego, czy chciał śpiewać, pisać, czy pozabijać wszystkich wokół. Dziś stanęło na pisaniu, dlatego też mordercze zamiary odsunął na tyle daleko, iż wszyscy w promieniu tysiąca dwustu kilometrów odetchnęli z ulgą. Radom zaczął wiwatować.

Z miłością spojrzał na tę, którą wybrał i która spojrzała na niego łaskawym, potężnie znietrzeźwionym okiem, decydując się tym samym na miłość, wierność i wspólne poranki. Poranki, które dla ja były syntezą zapachu kawy, łagodnych refleksów słońca i miarowego napierdalania się sąsiadów z usytuowanego na 9 piętrze mieszkania, wychowanych w duchu ustawicznego, coporannego kultu pracy narzędziem bliżej nieokreślonym, natomiast w nocy oddającym się iście patriotycznym poszukiwaniom podlewanego raz za razem sensu życia. Ja był absolutnie wyrozumiały w stosunku do literacko-pijackich wieczorów – szanował, a może i podziwiał zaprawione w bojach umysły, które nie spały, aby spać mógł on. Uchwycił zirytowany i gromowładny  wzrok budzącej się K., który przypomniał mu o zbliżającym się ponoć kresie czasów. Milczała. Ona milczała, ale powiem coś ja – pomyślał ja. A jeszcze lepiej, napiszę. Wprost, bez ogródek i zwyczajowego pierdolamento. Wróć – stwierdził po chwili płytkiej refleksji – ze zwielokrotnionym pierdolamento, bo o to wszak ma chodzić. Napiszę o poszukiwaniu… Graala? – zapytał siebie w myślach, po czym błyskawicznie to odrzucił  – nie, to za łatwe. Napiszę o poszukiwaniu pracy w Polsce, w Rzeszowie, w zawodzie, amen.

4 odpowiedzi do “Prolog – 06:34”

    1. Wielkie i uprzejme dzięki, oczywiście, postaram się nie osiąść na laurach – wpadaj więc tu jeszcze częściej, pozdrawiam:D

  1. Rewelacja! 🙂 Lekko, mądrze i z polotem! Czytało się szybko, prawie że na jednym tchu. Czekam na więcej! 😉

    1. Dzięki za miły odbiór! Kolejny odcinek – już dziś o 20, bez żadnych przerw na reklamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *