8:32

Wpół do trzeciej kawy ekspres zacharkotał i krztusząc się wypuścił z siebie kłęby dymu akurat w momencie, w którym ja z autentyczną paniką rozpoczynał przeglądanie setek ogłoszeń z których każde czekało tylko i wyłącznie na niego. W niespokojnym oczekiwaniu, aż prześle on CV wraz z skleconym naprędce listem motywacyjnym, zaświadczeniem od proboszcza z Sieradza, aktem urodzenia, awizo od listonosza i ze zwitkiem wspominającym o ukończeniu Hogwartu po to, by powiększyć zaszczytne grono social media lub content managerów każde z nich piszczało i nęciło wielkim, niebieskim przyciskiem z wystruganym kapitalikami APLIKUJ ścigającym go w najgorszych koszmarach wspólnie z olbrzymim i śpiewającym o miłości Bednarkiem.

Gdzieś w oddali Bob pomrukiwał jak przykościelny chórek astmatyków, stanowiących taki sam pożytek, jak i on. Właśnie! Może wpierw kilka słów o Bobie, żywym (?) przykładzie  nemezis, będącego dla ja zobrazowaniem łacińskiego persona non grata, a którego K. traktowała jako swoiste centrum wszechświata, przywołując wówczas niczym meandre powszechnie znane wśród świń i polityków porzekadło – bez Boba ani do żłoba. Samo imię Bob – jak dowiedział się ja po latach badań – ni ciula nie mówiło, nie oznaczało również niczego mądrego. Ciężko było stwierdzić, co kierowało K. w momencie nazywania tak słodkiego, przejawiającego oznaki życia kotka, który mógł zostać Puszkiem, Kluszkiem, czy inną Frytką, niemniej stanęło na Bobie. Każdy wywiad środowiskowy spełzał na niczym, każdy strzał zdawał się chybiony do momentu, w którym ja zagłębił się w świat Twin Peaks. W tym czasie mały, słodki kotek stał się kocim gburem, miauczącym tylko wtedy, kiedy (i tu ja zastosował specjalną klasyfikację, którą pozwolę sobie zamieścić):

  1. nie spał i zastawał pustą miskę,
  2. nie spał i ktoś coś jadł
  3. nie spał

Stan wiecznego letargu kota – zdaniem ja – nie miał nic wspólnego z podawaną  systematycznie kocimiętką, stanowiącą remedium na wszelkie, kocie lęki. Samego Boba położył ja przy przeprowadzce w dobrze wymoszczonym pudle obok kaloryfera i od października jedynymi przejawianymi oznakami życia była ubywająca karma i sporadyczne pomrukiwanie – zawsze wtedy, gdy Pan Sąsiad wyłączał wiertarkę. Bob widocznie nie mógł znieść zalegającej, otulającej szczelnie jego czarno-siwe futro ciszy, odsuwał ją więc skutecznie wydając niby pomruki i doprowadzając ja do pasji.

Wróćmy jednak do względnie kiepskiej użyteczności Boba – samoświadomość, która w tym momencie dziabnęła ja niczym drzazga w oku naciskając przy okazji jakiś punkt powiązany z ośrodkiem mowy wyartykułować kazała mu wszelkie z dawna skrywane lęki. I rzekł do wypełnionego pustką i czarnym kotem mieszkania, w którym z wolna, tuż przy szafce w przedpokoju, kuliło się widmo czynszu.

Zrozumiał nagle wszystko. Łuski opadły mu z oczu. Oddech przyśpieszył. Znanym sobie gestem ja odgarnął nieco przydługie włosy na lewy bok. Musiał być gotów. Kolejny raz życie zabijało literaturę.

Niebieski przycisk czekał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *