9:31 – pierwszy z serii zapowiedzianych sukcesów

Pierwsze celne pchnięcie w walce z wiatrakami nadeszło jakąś godzinę po wysłaniu maila do anonimowej – reklamującej się jako ostoja dla młodych, zdolnych i ambitnych (vide ja) – firmy o bliżej niesprecyzowanych poglądach i oczekiwaniach w stosunku do potencjalnego pracownika. Nie wiadomo jak, co i po co, gdyż dział HR doszedł jednogłośnie do wniosku, iż każdy średnio rozgarnięty człowiek domyśli się, na jakie stanowisko aplikuje, dlatego też wszelkie informacje o jakiejkolwiek działalności objęte były klauzulą tajności w sposób tak doskonały, że nawet David Duchovny w swojej popisowej, serialowej roli mógłby się do nich nie dokopać. Wysłany przez ja mail zawierał kilo załączników nurzających się w morzu formy, ochoczo rezygnującej z wszelkiej treści poza ściśle wyłuszczoną między zdaniami chęcią wylizania tyłka. Sztuka ta, którą ja odkopać musiał zbrojny tylko i wyłącznie w stos internetowych poradników traktujących gdzie jak się zachować, czyją dłoń uścisnąć, a kogo bałwochwalczo i z całą serdecznością ucałować w tyłek, zaczynała sprawiać mu coraz mniejszą trudność. Zrozumiał, że istotne jest samo podejście, usłużne i jakby nieco przykucnięte, zaczął więc stanowczo obtaczać stosy CV w coraz miększe, bardziej puchate słowa mówiące o tym, iż każdy, kto łaskawie i w wolnej chwili zaszczyci spojrzeniem jego niegodne bazgroły zostanie obwołany  władcą świata i ciemności, amen. Strategia przyniosła skutek.

Ryk telefonu utorował sobie drogę pomiędzy warkotem kota a miauczeniem suszarki dobiegającej zza ściany. ja był w trakcie tworzenia zdania, które – gdyby nie niekorzystny wpływ planet – mogłoby paść i odmienić oblicze ziemi, tej ziemi. Finalnie jednak zatrzymało się na czubku języka i – delikatnie wyglądając na zewnątrz – zawróciło. Zaklął z cicha i sięgnął po telefon. Numer nieznany.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry panie ja – uroczo zaskrzeczała rozmówczyni, która na ucho dobijała zapewne ku tabliczce z napisem „30 lat i ani dnia mniej”.

– Dzwonię do pana ponieważ aplikował pan do naszej firmy, bez której ład-i-porządek-świata mógłby zostać zaburzony. Miło mi zaprosić pana również na pierwszy z dwudziestu trzech etapów rekrutacji, poprzedzający dni próbne, za które nie otrzyma pan ani grosza. Nadal jest pan zainteresowany?

– Zdecydowanie – krzyknął podniecony ja do głośniczka.

– Świetnie. W takim razie zapraszam na 19.30 do budynku przy ulicy Tej i Tamtej, ale ze swojej strony proszę, żeby przyszedł pan tak z dwie godziny wcześniej, mamy mnóstwo kandydatów. Poza panem aplikował student kulturoznawstwa i gość z wklejonym w CV zdjęciem kota. Konkurencja, jak pan widzi, nie śpi.

– Oczywiście, stawię się z chęcią – gorąco przytaknął ja potrafiący dostrzec powagę sytuacji – do widzenia – wrzasnął uradowany.

– Do widzenia panie ja.

Rozłączyli się jednocześnie naciskając na czerwony przycisk. ja czuł rosnące podniecenie. Czuł, że mógł schwytać Pana Boga za nogi. Pora napisać do K.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *