Ciepło, gorąco, Rzeszów

Na termometrze powoli zaczynało brakować skali, na co meteorolodzy, meteopaci, pogodynki i zespół pracowników budowlanych patrzyli z rezygnacją, marząc zapewne o luksusie pozostania w klimatyzowanych pomieszczeniach. Znaczy się, pierwsza i trzecia grupa bardziej wyrażała ubolewanie, niż rzeczywiście cierpiała piekielne męki, które stały się o zgrozo! udziałem ja. Wlókł nogi mostem Zamkowym, starając się nie zapomnieć kolejności ich podnoszenia, świadom, iż najlżejszy błąd sprawi, że zanurzy się w zamulonym Wisłoku odnajdując przedśmiertny moment ochłody i kompleks Atlantydy.

Póki co przemieszczał się jednak dość sprawnie, dla pewności powtarzając jednak „prawa, lewa”, zupełnie jak pewna znajoma blondynka, która zdradziła mu sekret o tym, dlaczego zawsze milczy podczas przemieszczania się.

– Liczę kroki – stwierdziła dawno, kiedy jeszcze słońce nie wprowadziło w czyn swoich zbrodniczych zamiarów.

– Czemu? – dopytał ja, ale po marsowej minie stwierdził, że nie powinien. Zatrzymali się.

– Bo czasem zdarzy się pomylić. Jak z oddychaniem. Warto wiedzieć że po wdechu jest wydech, po którym znowu jest wdech. Skomplikowane, a mimo to potrafię sprawnie wszystko nadzorować – stwierdziła z odcieniem dumy potykając się na nierównej kostce.

Skwar lał się z nieba i w sumie nie było jak z nim zawalczyć – wysiadały i małe, biurkowe wiatraczki na USB, i te ogromne, które tak nierozważnie atakował Don Kichot, narażając się na wiekuiste wyszydzanie na lekcjach języka polskiego, czego biedny mógł nie przewidzieć.

Ja chwycił się ostatniej deski ratunku, złapał się brzytwy – mimo, iż nie tonął – i chwycił w sparzoną dłoń zakitraną butelkę lodowatej, wyciągniętej przed pięcioma minutami z lodówki wody, która miała mniej niż niepożądane 40 stopni Celsjusza. Zmoczyła mu wargi i rozjaśniła umysł na tyle, że logicznym wydało się znalezienie kryjówki w cieniu. Szczęściem, był już Pod Kasztanami, znalazł więc ławkę, która była zwrócona tyłem do fontanny. Ten strategiczny wybieg pozwolił mu uniknąć podejrzeń dotyczących każdego białego mężczyzny po dwudziestce, który jest potencjalnym zboczeńcem.

– Na szczęście – westchnął z ulgą – nie mam koloratki. Mogła by uwierać. W upale.

Nagle wstał. Strzęp wiatru musnął liście. ja, spokojny, skierował kroki ku czekającemu go, ciężkiemu niczym powietrze, przeznaczeniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *