Ciepło, gorąco, Rzeszów

Na termometrze powoli zaczynało brakować skali, na co meteorolodzy, meteopaci, pogodynki i zespół pracowników budowlanych patrzyli z rezygnacją, marząc zapewne o luksusie pozostania w klimatyzowanych pomieszczeniach. Znaczy się, pierwsza i trzecia grupa bardziej wyrażała ubolewanie, niż rzeczywiście cierpiała piekielne męki, które stały się o zgrozo! udziałem ja. Wlókł nogi mostem Zamkowym, starając się nie zapomnieć kolejności ich podnoszenia, świadom, iż najlżejszy błąd sprawi, że zanurzy się w zamulonym Wisłoku odnajdując przedśmiertny moment ochłody i kompleks Atlantydy.

Póki co przemieszczał się jednak dość sprawnie, dla pewności powtarzając jednak „prawa, lewa”, zupełnie jak pewna znajoma blondynka, która zdradziła mu sekret o tym, dlaczego zawsze milczy podczas przemieszczania się.

– Liczę kroki – stwierdziła dawno, kiedy jeszcze słońce nie wprowadziło w czyn swoich zbrodniczych zamiarów.

– Czemu? – dopytał ja, ale po marsowej minie stwierdził, że nie powinien. Zatrzymali się.

– Bo czasem zdarzy się pomylić. Jak z oddychaniem. Warto wiedzieć że po wdechu jest wydech, po którym znowu jest wdech. Skomplikowane, a mimo to potrafię sprawnie wszystko nadzorować – stwierdziła z odcieniem dumy potykając się na nierównej kostce.

Skwar lał się z nieba i w sumie nie było jak z nim zawalczyć – wysiadały i małe, biurkowe wiatraczki na USB, i te ogromne, które tak nierozważnie atakował Don Kichot, narażając się na wiekuiste wyszydzanie na lekcjach języka polskiego, czego biedny mógł nie przewidzieć.

Ja chwycił się ostatniej deski ratunku, złapał się brzytwy – mimo, iż nie tonął – i chwycił w sparzoną dłoń zakitraną butelkę lodowatej, wyciągniętej przed pięcioma minutami z lodówki wody, która miała mniej niż niepożądane 40 stopni Celsjusza. Zmoczyła mu wargi i rozjaśniła umysł na tyle, że logicznym wydało się znalezienie kryjówki w cieniu. Szczęściem, był już Pod Kasztanami, znalazł więc ławkę, która była zwrócona tyłem do fontanny. Ten strategiczny wybieg pozwolił mu uniknąć podejrzeń dotyczących każdego białego mężczyzny po dwudziestce, który jest potencjalnym zboczeńcem.

– Na szczęście – westchnął z ulgą – nie mam koloratki. Mogła by uwierać. W upale.

Nagle wstał. Strzęp wiatru musnął liście. ja, spokojny, skierował kroki ku czekającemu go, ciężkiemu niczym powietrze, przeznaczeniu.

Czwartek trzynastego

Podbudowany na ciele i duchu, którego prędko wzmocnił krzepkim, tanim arcydziełem sztuki browarniczej za złoty dwadzieścia dziewięć siedział i myślał. Siedział i myślał, a główny towar eksportowy sklepu szybko przemykał mu przez gardło, wprawiając w stan pokrewny euforii, ale i lekkiemu zaniepokojeniu, które – przynajmniej na moment – wyparte zostało dzięki trunkowi o konsystencji, kolorze i smaku uryny.

ja czuł się teraz absolutnym panem nieba i ziemi, stwierdził jednak, że nie będzie próbował chodzić po wodzie, skoro jeszcze chwila, i będzie potrafił malowniczo czołgać się po piwie, zostawiając odciski palców na puszystym dywanie.

Prezes ani skrzecząca asystentka jeszcze nie dzwonili, ale to wszak Prezes – jak pomyślał z emfazą – i jego słowo jest prawem. A skoro obiecał to obiecał. Kontakt. Telefon. Gołębia. Cokolwiek. Zwrócił więc ja lotny wówczas umysł w inną stronę. Tę niepokojącą, w przeciwieństwie do swojej błyskawicznie zmieniającej się in plus sytuacji zawodowej.

Myślał o kraju, którego sam – w tym pijackim zwidzie – był metaforą. Kiedy wydawało się mu bowiem, że już jest na ostatniej prostej, wstaje z kolan i osiąga względną równowagę w drodze do lodówki to znów zniosło, znów przygwoździło, znów coś było nie tak. Już o czymś takim czytał. Gdzieś, kiedyś, czytając tych, którzy również myśleli że już przecież gorzej być nie może, że jednostka raczej nie zadecyduje już o losach ogółu, że wszelkie gwałty na demokracji skończyły się po feudalizmie, po zaborach, po wojnie, po obaleniu muru. Historia jednak lubi się powtarzać, szczególnie wtedy – pomyślał – gdy ci, którzy pamiętali, przyciskani są wiekiem trumny.

Ja z uporem maniaka wysłuchiwał radiowej pogadanki o sądzie, że to niezbędne, że tak będzie lepiej, że to cios we wrogów państwa (Państwa?), że zachodnia cywilizacja upada a my uparcie opieramy się falom, że nasz okręt Polską zwany pruje przez morza, oceany, że w sumie to i zapierdala i nikt za nami nie nadąża, dlatego tak nas oceniają. Dlatego na nas psioczą, bo przecież my mamy rację i dobrze, żebyś się z nami zgodził, bo jeśli nie, to za burtę, i płyń sam, a jeśli nie potrafisz to giń sam. Oburzony ja słuchał, i scrollował sypiące się zewsząd komentarze rugające aktualne decyzje decyzyjnych.

Było trzynastego po dwunastej, w najlepsze więc trwała pora, w której dżentelmenom wypadało zaglądnąć do kufla bez narażania się na ostracyzm i osądy bliźnich, którzy również z tego szlacheckiego przywileju korzystali w sposób pełny i doskonały, uzupełniając wiedzę ruchami kciuka na pilocie.

– Czemu nikt nie weźmie tego w swoje ręce? – pomyślał ja, – co może być ważniejsze wolność, równość i braterstwo? – zapytał sam siebie w szale, który wszystkim wydawać mógłby się śmieszny, nieco groteskowy. I wówczas niespodziewanie zadzwonił spodziewany już od kilku chwil telefon. Ja odebrał z przejęciem błyskawicznie zamykając stronę, wypierając się przekonań, nazwiska i poglądów, stwierdzając błyskawicznie, że jego to nie dotyczy, że zrobił co może, a czego nie może nie zrobi, że szkoda czasu, Zachodu, pieniędzy, zdrowia i darmowej opieki w NFZ, że szkoda pięćset plus, gdyby przypadkiem się trafiło, że w sumie Polak zawsze narzeka, że lepiej w kraju niż na obczyźnie, że przecież da się żyć. Sięgając służalczo po telefon odłożył na bok rojenia wariata.

Dzwonił Prezes. Wymieniwszy rutynowe „dzień dobry” pogrążyli się w ożywionej dyspucie na temat stanu pogody.

A gdzieś z boku zachrypnięty Kazik Staszewski znanym tylko sobie sposobem pytał nieco retorycznie i niewiadomo kogo, coście skurwysyny uczynili z tą krainą?

Jakoś tak chwilę po 19

– No, no, panie ładny – ciągnął Prezes, groźnie kiwając palcem i huśtając się na krześle. Miał elegancką, granatową marynarkę i obleśną koszulę w gwiazdki rozpiętą aż na trzy guziki pod szyją. Jak na Prezesa był dość młody i wyższy, niż ja się spodziewał, jakby rozmyślnie odcinając się niewidzialnymi nożyczkami od wzorców z samej góry. Gnany przeczuciem ja wziął ze sobą również saszetkę karmy dla kotów, która nonszalancko wystawała mu z prawej kieszeni spodni, a na którą Prezes zerkał z oczekiwaniem.

– No, no – stwierdził, patrząc przenikliwie w oczy – o pana tekstach, panie ja, powiedzieć można wiele dobrego. Najlepsze zaś w nich jest to, że w miarę szybko się kończą.

– Dziękuję – wydukał ja, którego kocur próżności zacharczał, zamiauczał i przewrócił się uroczo na lewy bok – wiele dla mnie znaczy uznanie pana Prezesa.

– Uznanie to nie wszystko – z emfazą rzucił Prezes – ale dużo, ma pan rację. Z tego co widzę ma pan również bardzo szerokie kompetencje i spektrum zainteresowań. Wybitnie pozytywne wrażenie zrobiło na mnie zwłaszcza dwudziestotrzyletnie doświadczenie w poruszaniu się na dolnych kończynach. Tak młody a jaki doświadczony, to wręcz niebywałe! – krzyknął z niemal ojcowską czułością tak, iż ja poczuł tkliwe spojrzenie kasujące go od torsu po czubek głowy. Był upojony nagłym sukcesem, ale postanowił, iż warto pójść za ciosem.

– Ma pan Prezes absolutną rację. Chodzić zacząłem bardzo szybko, nieco ponad miesiąc później zaczynałem mówić, a kilka tygodni później – czytać. Z bajkami, które notabene niemiłosiernie mnie nudziły, skończyłem w wieku trzech lat, kiedy to zatopiłem się w Ulissesie Joyce’a i sadze Prousta, a później już tylko i wyłącznie ambitna, polska proza.

– Niebywałe, niebywałe – mruczał zadowolony Prezes, wychylając się w stronę ja tak mocno, że ten mógł policzyć mu włosy w nosie – natomiast – dodał po chwili – jaką ambitną prozę polską ma pan na myśli, panie ja?

ja myślał gorączkowo. Nic nie przychodziło mu do głowy. Mickiewicz raczej już nie przejdzie, za dużo w nim nacjonalizmu i pogardy dla mniejszości, podobnie Słowacki. Norwid – okej, niby optował za abolicją, niby był w Stanach, niby pisał do i o Brownie, niby sporo pił, mógł więc stanowić pewien wzór.

– Czytam głównie NIEKONWENCJONALNĄ prozę, o której nie sposób mówić inaczej, niż milcząc.

Głębia odpowiedzi wywarła niemałe wrażenie na Prezesie.

– Potrzebuje pan tej karmy dla kota?

– Tej? – zapytał ja, wyciągając z kieszeni zapomnianą saszetkę z wątróbką i smakowitymi glutami o smaku wołowym.

– Zgadza się.

– Nie, w sumie przyniosłem ją dla kota Prezesa.

– Haha, świetny ruch! Czy pan próbuje mnie przekupić?

– W żadnym wypadku – stwierdził ja z miną świętoszka, machając Prezesowi przed nosem fioletowym whiskasem.

– Twardy z pana zawodnik. Kolejny etap rekrutacji poszedł panu wybitnie. Dalszy rozwój omówi pan z panią sekretarką, ale to później. I proszę dać mi tę saszetkę!

13:00

Słońce wesoło waliło po oczach sądząc zapewne, iż oferuje ja namiastkę raju, którzy jego pradziadowie ochoczo opuścili, wędrując z Edenu wprost ku wymarzonym, wschodnim rubieżom Polski. Niestety, słońce – świadomie lub nie – zostało wprowadzone w błąd, ja więc nerwowym gestem szarpnął za zasłonę, która zgodnie z regułą, gdy już się wali, to wszystko, zsunęła się z żabek, zrzucając je na ziemię, tworząc malowniczo romantyczny, postapokaliptyczny obraz, pełen bólu, płaczu i cierpienia. Gdy wydawało się, że sytuacja jest dramatyczna nadeszło wybawienie – dzwonek telefonu, który – domagając się błyskawicznej reakcji – pozwolił ja oddalić się od miejsca zbrodni i przynajmniej na moment wyrzucić je z pamięci, dzięki wybitnemu talentowi ja w zamiataniu problemów pod dywan.

Tak!, krzyknął w myślach, to był ten numer! Odebrał tłumiąc podniecenie.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry panie ja – uroczo zaskrzeczała sekretarka, jednak tym razem w skrzeku wychwycił donośne, patetyczne tony. Łzy stanęły mu w oczach, gdyż czuł się jak przy recytacji Reduty Ordona. Milczała. Ona wie, że wiem, pomyślał.

– Panie ja – zaczęła, łagodnie podnosząc ciśnienie i drażniąc go koślawym tembrem głosu – zostanie pan dopuszczony przed oblicze Najjaśniejszego Prezesa – stwierdziła z egzaltacją, wyrzucając z siebie zdanie szybciej, niż obsługa cekaemu pociski. Ja wydawało się, że mówiąc to, zaczęła również lewitować dobre kilka centymetrów nad swoim szerokim krzesłem i ze strachem pomyślał, co będzie, gdy w końcu opadnie, bynajmniej nie łagodnie, na wysiedziany stołek. Mimo to strach przed kataklizmem przyćmiony został przez nabożną treść skierowanych do niego słów.

– Z Prezesem…? – wydukał.

– Z Prezesem! – skrzeknęła mu do ucha tak głośno, że bębenki starte zostały w puch.

– Z Prezesem! – zawtórował ja.

– Ale nie z tym. Z naszym, zwykłym. Ale z Prezesem – stwierdziła.

Prezes to prezes, nie ulegało to najmniejszej wątpliwości i nie urągało w najmniejszym stopniu ani Prezesowi, ani ja, ani sekretarce.

– Drugi z etapów rekrutacji przeprowadzony zostanie w tym samym miejscu, ale o wcześniejszej porze, gdyż Prezes – zaakcentowała, i dla dodania powagi sytuacji powtórzyła – Prezes później ma masę zajęć niecierpiących zwłoki. Musi pograć w golfa, pójść na zakupy, gdyż ma przeogromną ochotę na Jacka Danielsa i zahaczyć o klub ze striptizem. Biedak – westchnęła – nie ma chwili czasu na przyziemne sprawy, tak jak ja albo pan, panie ja. To zajęty człowiek. Musi pan zrobić na Prezesie – niemal jęknęła – kapitalne pierwsze wrażenie. Lubi pieniądze, piękne kobiety i alkohol. O ile w pana wypadku – stwierdziła z ledwie wyczuwalną, zgryźliwą nutą niepokoju – dwa pierwsze elementy odpadają, radziłabym panu raczej pójść w trzeci, pewny.

– Dziękuję bardzo w takim razie.

– Dziękuję. I powodzenia, panie ja – pożegnała się, szeleszcząc przez słuchawkę rzęsami.

Ja uśmiechnął się cynicznie. Sprawy zaczęły przyjmować dobry obrót.

11:02

Stylowy symbol współczesnej Polski – czerwona biedronka z czarnymi kropkami – elegancko uśmiechał się z trzymanej przez ja reklamówki, kołysząc się w takt miarowych, spokojnych kroków. Ślizgające się po niej spojrzenia lepkie były od zdegustowania. Nie umknęły one czujności ja, przed którym chmara ludzi rozstępowała się niczym znana sadzawka przed Mojżeszem.

– Czy to faux pas? – pomyślał z zażenowaniem nie mniejszym, niż spojrzenia mijanego ochroniarza, który zapewne wszelkimi siłami powstrzymywał się żeby nie wyprosić obrazoburcy ze świątyni konsumpcji. Widać było, że dłonie świerzbią go tak bardzo, iż ledwo udawało mu się utrzymać je na biodrach. Mógł to jednak być i Parkinson – podnosząc nieco wzrok ja zauważył, że przedstawiciel wszechwiedzącego wymiaru sprawiedliwości do najmłodszych nie należał i czasy, w których uganiał się za  spódniczkami odpłynęły bezpowrotnie. Mimo to lubieżnie, jak u Miłosza, zerkał na przechodzące przedstawicieli piękniejszej części społeczeństwa, które uzbrojony w reklamówkę ja skutecznie odganiał.

Przechodząc bezczelnie tuż przed nosem trzęsącego się z oburzenia i problemów ochroniarza ten nie wytrzymał:

– Co pan tam ma?

– Ja? – zdziwił się ja – książki i jakieś pierdoły, nic wartego uwagi.

– Nie – skrzywił się – nie w środku, w ręce – wskazał na siatkę z oburzeniem, obrzydzeniem i ciemnoczerwoną paletą barw na twarzy.

-To? – uniósł rękę ja. Ochroniarz przełknął ślinę, niemi obserwatorzy czekali w skupieniu – siatkę? – rzekł, podnosząc ją wyżej. Widząc zatrważającą scenę w sercu galerii handlowej jakaś kobieta po czterdziestce zemdlała, wypuszczając z dłoni fikuśnie drogą torebkę, na którą jej mąż i jego kilkunastu pracowników pracowało miesiąc i trzy dni. Na szczęście, szybko udało się ją reanimować, gdyż ktoś z krzyną oleju w głowie na karku szepnął o zbliżającej się Wielkiej Promocji w Rossmannie, co błyskawicznie uregulowało puls, ciśnienie, i wydatki w domowym budżecie.

I tak – szukając zajęcia dla ludzi ze swoim wykształceniem doszedł do wniosku, że rację miał wieszcz XXI wieku, Ferdek Kiepski, który z pietyzmem i nostalgią powtarzał o braku możliwości rozwoju w kraju naszych ojców i dziadków zapijając – dla dodania sobie powagi – sentencję litrami piwska. Ten, kto szuka, zwykle coś znajduje, jednak najczęściej nie jest to rytualne wyprowadzenie z galerii w takt oklasków – tak było tym razem, ja jednak postanowił się nie poddawać.

– Czemu? – mruknął nieświadom przeogromu win, które porównywalne były z uklęknięciem w różowych kapciach w pierwszej, kościelnej ławce.

– Bo proszę pana, ludzie bogacą się, by nie widzieć biedy i, proszę mi wybaczyć, zostawić ten syf gdzieś z boku – stwierdził potrząsający rękami i ja ochroniarz, delikatnie popychający go w kierunku wyjścia.

Telefon spokojnie milczał w kieszeni spodni.

9:04

Telefon milczał zupełnie, jakby ktoś związał go w supeł, który dodatkowo zabetonowany i pogrzebany został kilka metrów pod ziemią, tudzież wrzucony w niezbadane odmęty Wisłoka przez hołdujących socjalistycznym przykładom rozwiązywania spraw beznadziejnych obywateli. Telefon więc milczał, a i sam supeł był tylko metaforą, na której dzisiejszego poranka ja – będący w parszywym nastroju – chciałby zadyndać i zacząć przynajmniej udawać żyrandol, przysługując się ojczyźnie, społeczeństwu i ruchom ekologicznym. Sam dzień natomiast był zaprzeczeniem budzącej się wraz z wiosną melancholii ja – ptaszki ćwierkały, zaś ktoś u góry uparcie, acz nieudolnie ćwiczył grać Marsz turecki, który skutecznie udało mu się przerobić na Marsz żałobny w sposób tak doskonały, iż ja gwałtownie powstrzymywał się od błyskawicznego uchylenia drzwi balkonowych i pięknego, rozbijającego strukturę wszechświata skoku.

Ze  wschodu dął zimny, rozrywający zbite w gromadę chmury wiatr, który dość skutecznie  wybijał z głowy majowe plany i bulwarowe libacje, wywołując smutek i uszczuplając i tak skromne premie straży miejskiej, na czym cierpiał i budżet państwa, i sami zainteresowani.

Mimo wszystko nic jednak nie zapowiadało zbliżającej się wielkimi krokami tragedii.

Zajęty wtykaniem sobie wskazujących palców do uszu, walką z napierającym weltschmerzem  i wygodniejszym moszczeniem się na sofie ja odczuł nagle ciężką, milczącą obecność. Obcy skrywał się w przedpokoju. Wiedział, po co się tam znalazł. Chodziło mu o niego – tylko i wyłącznie. Bob mógł być wyłącznie zakładnikiem, mięsem armatnim lub biernym, leniwym obserwatorem z wyleniałym dupskiem, przy czym ostatni z opisów był chyba możliwie najbliższy prawdy.

ja błyskawicznie ocenił sytuację. Czując każdy promień światła i tańczące na nich pyłki skoczył w stronę szafki. Tak, to była jego jedyna nadzieja. Był szybki. Jednak i to nie wystarczyło. Dopadł go z prędkością gołębia zrzucającego wiadomą treść wprost na czarny, lśniący samochód.

Pierwszy był ból gardła, przeszywający i parszywy, jak stado pcheł. Następnie nos ja zaczął wypuszczać siebie potoki mazi. Otępiały słuch nie łapał wszystkich, fałszywych tonów z mieszkania obok, co było plusem zdającym się początkowo rekompensować chociaż w części przeżywany dramat. Ja z rezygnacją sięgnął po leżący na stoliku tuż obok laptopa telefon, i walcząc z pierońskim bólem głowy naskrobał do K. dwa słowa. Były proste, jednak w morderczej, wywołanej przez ja konfiguracji wywoływały paroksyzm bólu i cierpiętnicze grymasy na twarzy każdej kobiety. Mam katar.

Jego nos zafurkotał jak silnik od Stara. Chyba nie było już odwrotu. Czekał na ratunek.

19.16

Gęsta, rozlewająca się w poczekalni cisza unosiła się coraz wyżej. By zaczerpnąć tchu trzeba było już wyciągnąć szyję i przytknąć nos do włączonego klimatyzatora, przy którym wyczuwalny był swojski, leśny aromat grzyba. Ja wdychając zawzięcie intensywną woń rozluźnił się do reszty: przed oczyma jak żywa stanęła mu sielska kraina dzieciństwa z zapuszczonymi, peerelowskimi cudami architektury utrzymanymi w wyjątkowo modnej i uniwersalnej brudnoszarej kolorystyce, z gdzieniegdzie przebijającą się niczym student przez sesję trawą. Polska, którą czyszcząca kible za granicą elita intelektualna jednogłośnie ochrzciła mianem „zadupia”, „ciemnogrodu” albo i „Polski C”, budziła w ja wyłącznie dobre skojarzenia – niedługo zresztą miał zamiar ją odwiedzić i w jedyny sobie znany sposób cofnąć się o kilka lat wstecz.

Ciszę rozdarł skrzeczący głos sekretarki. Rzut oka wzmocnił jedynie wrażenie wywołane wcześniejsza rozmową – widać było, iż już na dobre zacumowała przy porcie z napisem „30”, do którego sam głos ledwie dobijał. A było co. Raczej krępawa i niska, mogłaby zostać największą z muz Rubensa – z racji i gabarytów, i ochoczo eksponowanych kształtów w kilka rozmiarów za małych ciuchach. Zachwyciła wszystkich zgromadzonych: student kulturoznawstwa wstał i zamaszyście podał jej rękę, natomiast gość z kotem w CV ziewnął z przejęciem. Ja, doskonale znający kulisy damsko-męskich relacji zawodowych, milczał. Zrobiło to na niej piorunujące wrażenie i wskazała mu miejsce po swojej prawicy.

– Dziękuję za przybycie – stwierdziła, mrużąc oczy i obciągając top. Wszyscy w porozumieniu skinęli głowami.

– Jak widzicie, konkurencja i zainteresowanie są ogromne. Ogłosiliśmy się na i w Internecie, i na słupie przy OSP w Bziance – na te słowa Gość z kotem w CV tajemniczo zmrużył oczy, na co urocza rozmówczyni nie zareagowała.

– Pierwszym z dwudziestu trzech etapów rekrutacji będzie test na inteligencję. Widzicie tę puszkę? – zapytała, wskazując na owalny, zabezpieczony kłódką przedmiot. I znów jednogłośnie kiwnęli głowami. Asystentka, zadowolona z niebywałej przenikliwości skinęła z uznaniem.

– Wrzućcie do niej najwyższy nominał, jaki macie teraz przy sobie.

Wszyscy błyskawicznie wyjęli zużyte portfele. Kulturoznawca z nabożną czcią i drżącymi rękoma w oczekiwaniu na odmianę losu wrzucił dychę, która pamiętała zapewne czasy Mieszka, zapewne więc jako portret miałaby wartość większą niż obecnie. Gość z kotem w CV bez wahania zostawił pomięte dwadzieścia złotych. W tym czasie ja szukał z paniką w oczach i gulą w gardle czegoś, co nie byłoby zużytym biletem, paragonem czy też fikcyjną legitymacją Partii Przyjaciół Piwa jednak – o zgrozo! – niczego nie znalazł. Czując na sobie palące spojrzenia wrzucił do puszki swój wdowi grosz pomnożony razy 50. Moneta zabrzęczała obijając się o dno, a brzmiało to jak kres wszelkiej nadziei na znalezienie pracy. Pulchna sekretarka uśmiechnęła się:

– Świetnie, miło mi poinformować że wszyscy z panów przeszli pierwszy z etapów. Jedni lepiej, inni nieco słabiej – i tu zwróciła oczy ku ja – natomiast przeszli wszyscy. W takim razie dziękuję za przybycie, oddzwonimy. Proszę czekać na telefon, na pewno się skontaktuję.

Wspaniałe trio uśmiechnęło się – znów wspólnie, to nie mógł być przypadek – triumfalnie. Każdy poczuł się już niemal współpracownikiem, nie zaś rywalem z wybitnymi kwalifikacjami i chęcią rozniesienia w perzynę potencjalnego rywala. Wyszli rządkiem, a ja, już chwaląc się kolejnym sukcesem K., usłyszał tylko składane przez kobietę w pośpiechu zamówienie na dowóz makaronu.

– Biedna, wygląda na niedożywioną. Z pewnością się przepracowuje – pomyślał z rozrzewnieniem, utyskując na ciężki los niektórych.

12:01

Źródła milczały. Siedział naprężony jak świeżo nastrojona struna i entuzjastycznie wystukiwał klawiszami laptopa coraz to nowe melodie wpisując zwietrzałe frazy. W swoich poszukiwaniach wyjść postanowił od absolutnych podstaw, dlatego kolejno wpisywał w pasek przeglądarki tysiące możliwych konfiguracji ustalonych już wcześniej słów-kluczy: rozmowa kwalifikacyjna, jak dobrze wypaść, lizanie tyłka. Przeglądając je prędko doszedł do wniosku, iż wspomniane tematy opanował w stopniu mistrzowskim i sam mógłby pisać płomienne poradniki. Rozmyślając nad karierą lub jej brakiem, stwierdził swoisty paradoks, który dość skromnie pozwolił sobie nazwać „paradoksem ja”, a który dobitnie zaznaczał, że „żeby dostać pracę, trzeba mieć doświadczenie, które zdobyć należy w pracy, do której niezbędne jest doświadczenie możliwe do uzyskania w pracy”. Plusem twierdzenia było to, iż można było rozwijać ją niemal nieskończenie długo, bo aż do wypisania całego atramentu na wszystkich strona świata, minusem – jego autentyczność. Sam, nieco dołujący fakt nie wytrącił go jednak euforii spowodowanej niedawnym telefonem i gratulacyjnymi esemesami od K., wujka z Lutoryża i pełnymi uznania pomrukiwaniami nieuświadomionego Boba, grzejącego się w ten chłodny, majowy dzień tuż pod zakręconym kaloryferem, co zdawało się wcale go nie zniechęcać.

Śmiejąc się pod nosem ja postanowił wyszukać informacje o firmie, intuicyjnie wstukał więc w okienko ład-i-porządek-świata. Błyskawicznie wyskoczyły setki stron, od poradników autorstwa Perfekcyjnej Pani Domu, po New Age i nacjonalistyczne próby odbudowy, pełne krętych, acz pustych myśli i głów, zbiórki na dzieci w Afryce oraz prośby o ratunek pozostałych przy życiu pand wielkich, przy zdjęciu której ochoczo połyskiwał numer konta bankowego. Ostatnia treść poruszyła ja do spodu – tym bardziej, iż obok prężyła się ubrana w strój seksownej pandy blondyna, poruszająca zapewne – obok serca – i kieszenie odwiedzających. Widniejąca obok liczba miesięcznych wpłat starczyłaby na roczny zapas wody pitnej w Nigerii, Czadzie i Kongo, niewielką wyspę i luksusowy jacht.

– Polacy to jednak wspaniały naród – stwierdził pod nosem dumny i nieco wzruszony szlachetną inicjatywą nabijającą pandom kobzy. Zerkając na zegarek stwierdził, iż pora już odpocząć. Poszukiwania szły… ba! gnały, pędziły i zapierdalały pełną parą – zupełnie tak, jak sobie to wymarzył.

9:31 – pierwszy z serii zapowiedzianych sukcesów

Pierwsze celne pchnięcie w walce z wiatrakami nadeszło jakąś godzinę po wysłaniu maila do anonimowej – reklamującej się jako ostoja dla młodych, zdolnych i ambitnych (vide ja) – firmy o bliżej niesprecyzowanych poglądach i oczekiwaniach w stosunku do potencjalnego pracownika. Nie wiadomo jak, co i po co, gdyż dział HR doszedł jednogłośnie do wniosku, iż każdy średnio rozgarnięty człowiek domyśli się, na jakie stanowisko aplikuje, dlatego też wszelkie informacje o jakiejkolwiek działalności objęte były klauzulą tajności w sposób tak doskonały, że nawet David Duchovny w swojej popisowej, serialowej roli mógłby się do nich nie dokopać. Wysłany przez ja mail zawierał kilo załączników nurzających się w morzu formy, ochoczo rezygnującej z wszelkiej treści poza ściśle wyłuszczoną między zdaniami chęcią wylizania tyłka. Sztuka ta, którą ja odkopać musiał zbrojny tylko i wyłącznie w stos internetowych poradników traktujących gdzie jak się zachować, czyją dłoń uścisnąć, a kogo bałwochwalczo i z całą serdecznością ucałować w tyłek, zaczynała sprawiać mu coraz mniejszą trudność. Zrozumiał, że istotne jest samo podejście, usłużne i jakby nieco przykucnięte, zaczął więc stanowczo obtaczać stosy CV w coraz miększe, bardziej puchate słowa mówiące o tym, iż każdy, kto łaskawie i w wolnej chwili zaszczyci spojrzeniem jego niegodne bazgroły zostanie obwołany  władcą świata i ciemności, amen. Strategia przyniosła skutek.

Ryk telefonu utorował sobie drogę pomiędzy warkotem kota a miauczeniem suszarki dobiegającej zza ściany. ja był w trakcie tworzenia zdania, które – gdyby nie niekorzystny wpływ planet – mogłoby paść i odmienić oblicze ziemi, tej ziemi. Finalnie jednak zatrzymało się na czubku języka i – delikatnie wyglądając na zewnątrz – zawróciło. Zaklął z cicha i sięgnął po telefon. Numer nieznany.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry panie ja – uroczo zaskrzeczała rozmówczyni, która na ucho dobijała zapewne ku tabliczce z napisem „30 lat i ani dnia mniej”.

– Dzwonię do pana ponieważ aplikował pan do naszej firmy, bez której ład-i-porządek-świata mógłby zostać zaburzony. Miło mi zaprosić pana również na pierwszy z dwudziestu trzech etapów rekrutacji, poprzedzający dni próbne, za które nie otrzyma pan ani grosza. Nadal jest pan zainteresowany?

– Zdecydowanie – krzyknął podniecony ja do głośniczka.

– Świetnie. W takim razie zapraszam na 19.30 do budynku przy ulicy Tej i Tamtej, ale ze swojej strony proszę, żeby przyszedł pan tak z dwie godziny wcześniej, mamy mnóstwo kandydatów. Poza panem aplikował student kulturoznawstwa i gość z wklejonym w CV zdjęciem kota. Konkurencja, jak pan widzi, nie śpi.

– Oczywiście, stawię się z chęcią – gorąco przytaknął ja potrafiący dostrzec powagę sytuacji – do widzenia – wrzasnął uradowany.

– Do widzenia panie ja.

Rozłączyli się jednocześnie naciskając na czerwony przycisk. ja czuł rosnące podniecenie. Czuł, że mógł schwytać Pana Boga za nogi. Pora napisać do K.

8:32

Wpół do trzeciej kawy ekspres zacharkotał i krztusząc się wypuścił z siebie kłęby dymu akurat w momencie, w którym ja z autentyczną paniką rozpoczynał przeglądanie setek ogłoszeń z których każde czekało tylko i wyłącznie na niego. W niespokojnym oczekiwaniu, aż prześle on CV wraz z skleconym naprędce listem motywacyjnym, zaświadczeniem od proboszcza z Sieradza, aktem urodzenia, awizo od listonosza i ze zwitkiem wspominającym o ukończeniu Hogwartu po to, by powiększyć zaszczytne grono social media lub content managerów każde z nich piszczało i nęciło wielkim, niebieskim przyciskiem z wystruganym kapitalikami APLIKUJ ścigającym go w najgorszych koszmarach wspólnie z olbrzymim i śpiewającym o miłości Bednarkiem.

Gdzieś w oddali Bob pomrukiwał jak przykościelny chórek astmatyków, stanowiących taki sam pożytek, jak i on. Właśnie! Może wpierw kilka słów o Bobie, żywym (?) przykładzie  nemezis, będącego dla ja zobrazowaniem łacińskiego persona non grata, a którego K. traktowała jako swoiste centrum wszechświata, przywołując wówczas niczym meandre powszechnie znane wśród świń i polityków porzekadło – bez Boba ani do żłoba. Samo imię Bob – jak dowiedział się ja po latach badań – ni ciula nie mówiło, nie oznaczało również niczego mądrego. Ciężko było stwierdzić, co kierowało K. w momencie nazywania tak słodkiego, przejawiającego oznaki życia kotka, który mógł zostać Puszkiem, Kluszkiem, czy inną Frytką, niemniej stanęło na Bobie. Każdy wywiad środowiskowy spełzał na niczym, każdy strzał zdawał się chybiony do momentu, w którym ja zagłębił się w świat Twin Peaks. W tym czasie mały, słodki kotek stał się kocim gburem, miauczącym tylko wtedy, kiedy (i tu ja zastosował specjalną klasyfikację, którą pozwolę sobie zamieścić):

  1. nie spał i zastawał pustą miskę,
  2. nie spał i ktoś coś jadł
  3. nie spał

Stan wiecznego letargu kota – zdaniem ja – nie miał nic wspólnego z podawaną  systematycznie kocimiętką, stanowiącą remedium na wszelkie, kocie lęki. Samego Boba położył ja przy przeprowadzce w dobrze wymoszczonym pudle obok kaloryfera i od października jedynymi przejawianymi oznakami życia była ubywająca karma i sporadyczne pomrukiwanie – zawsze wtedy, gdy Pan Sąsiad wyłączał wiertarkę. Bob widocznie nie mógł znieść zalegającej, otulającej szczelnie jego czarno-siwe futro ciszy, odsuwał ją więc skutecznie wydając niby pomruki i doprowadzając ja do pasji.

Wróćmy jednak do względnie kiepskiej użyteczności Boba – samoświadomość, która w tym momencie dziabnęła ja niczym drzazga w oku naciskając przy okazji jakiś punkt powiązany z ośrodkiem mowy wyartykułować kazała mu wszelkie z dawna skrywane lęki. I rzekł do wypełnionego pustką i czarnym kotem mieszkania, w którym z wolna, tuż przy szafce w przedpokoju, kuliło się widmo czynszu.

Zrozumiał nagle wszystko. Łuski opadły mu z oczu. Oddech przyśpieszył. Znanym sobie gestem ja odgarnął nieco przydługie włosy na lewy bok. Musiał być gotów. Kolejny raz życie zabijało literaturę.

Niebieski przycisk czekał.