Zegar

Niepisana władza nad czasem sprawowana przez katedralne dzwony ogłaszała, iż właśnie teraz chować zaczną się cienie, które z przestrachem uciekały przed południowym słońcem.

Uporczywie skierowane pod nogi, zasnute mgłą oczy, starały się nie podnosić wyżej, niż próg chodnika, wyschnięte usta zaś, będące z nimi w cichej, uknutej na bazie milczenia zmowie, bezdźwięcznie klepały bezbożne „dziękuję” niczym różaniec. Czuł, jak postukujące obcasy biją w rytm uderzeń serc swych posiadaczy. Jego biło inaczej: arytmiczne jęki zamkniętego w klatce zwierzęcia gasły jedynie wtedy, gdy zabłąkana drobna moneta znajdywała drogę do puszki.

Dzwony uderzyły już trzykrotnie, on jednak nie zaparł się samego siebie. Sunące po wyścielonym brunatnoczerwonymi liścmi chodniku stopy i nikłe cienie rozstępowały się przed jego milczącą, skuloną postacią, niczym Morze Czerwone.

Przy szóstym uderzeniu podłoże zamiotło drogie sukno, które – rozmyślając o tajemnicach wiary i pomocy humanitarnej dla krajów trzeciego świata – nie zwolniło  kroku. Marmurowe żłobienia, które nadał mu niesfornie zawiewający od północy wiatr, zlały się w jedno z kroczącym dumnie cieniem. Zbyt odległe bywają problemy podstawione pod nos. Ów spoglądający ku Bogu Arystoteles wypełniony szlachetną postawą miłosierdzia wiedział, że to pieniądz gorszy cały świat. Bogobojne porywy, które targały jego sumieniem nie pozwalały skalać się niefortunnym czynem. Przeszedł dalej, nie chcąc ujrzeć wyraźnej ingerencji sił nieczystych i w duchu postanowił odprawić za zbłąkaną tę duszę mszę, za którą sam sobie zapłaci. Wzruszony dobrocią przeszedł prędko i opuścił ramy życia tego, któremu z jękiem w piersi współczuł.

Jedenaste uderzenie przytłumione zostało przez kolejne buty. Ich właściciel pochylił się nad nim i wsuwając mu w dłoń zgiętą wpół kartkę i szepnął, przywodząc na myśl tchnienie wiatru:

– Koniecznie przed północą – rzucił i odszedł, zabierając ze sobą finalne uderzenie dzwonów i cały ludzki potok. Odpływ ogarnął całą ziemię i wiedział już, że to koniec jego zmiany. Zawilgła potem kartka tkwiła w jego dłoni.

 

***

 

Pchnął sfatygowane drzwi i znalazł się w pokoju, który wraz z nią zamieszkiwał. Nie ruszyła się ani o milimetr. Łóżko, tkwiące nieprzemiennie pośrodku niczym tron degeneracji człowieka, gościło jej ciało z niewymuszoną czułością. Przez czas ten stał się centrum, jedyną stałą niestałego świata. Było to dobre miejsce, w którym złe rzeczy działy się na tyle często, że sytuowano je gdzieś pomiędzy Bożą Wolą a jej wolnym, wygodniejszym odpowiednikiem, który mimo wszystko nigdy nie pasował wszelkiej maści odszczepieńcom i szarlatanom, z westchnieniem zarzucającym na siebie pęta niepoczytalności.

On sam nigdy nie spoglądał na swoją sytuację przez pryzmat wolności lub jej braku. Był tym, kim jest nie przez siebie, lecz przez zespół czynników i decyzji innych – retrospektywnie, porażki swe wywodzić mógł od Adama i Ewy, którzy niecnie zjedli przereklamowany owoc w zamian za wolność. Za wolność? Dramat wolności rozgrywał się z wieku na wiek, ba! z godziny na godzinę.

Słaniając się na nogach aktorzy tańczyli na scenie w takt uderzeń gromów i deszczu ognia, które były tylko brawami i śmiechem z widowni. Jego zdaniem, gościła ona wszelkie bóstwa jakie kiedykolwiek czcił człowiek – z przodu, na honorowych miejscach zasiadali Jahwe, Chrystus i Jego Ojciec, nieco z boku przykucnął Allah, który z nikim nie chciał mieć nic wspólnego. Z tyłu tłoczyli się wyblakli i wypaleni: Afrodyta doprowadzała do pasji zacietrzewionego Odyna, na co z przymrużeniem oka zerkał Jowisz. Prawdziwa akcja działa się tam: aktorzy przystawali, zdziwieni wrzaskiem. Każdy z widzów starał się dorzucić swoje trzy grosze: Ares ze śmiechem mówił o miłości bliźniego, wobec czego goszczący na pierwszych miejscach puszczali mu w oczy groźne spojrzenia. Prawdziwy teatr był jedynie grą cieni, grą nieoficjalnych wyborów i urojonych pragnień.

Uwikłany w gęstwinie wyborów nie roztkliwiał się ani nie decydował; odsuwał je na dalszy plan i żył we wszechświecie, którego centrum było trwałe. Pragnął zmian, które napełniały go przerażeniem i bał się stagnacji, którą miał przed oczami.

Przygrzał zupę i przelawszy ją na ceramiczny talerz, zjadł, dmuchając na łyżkę. Kartka w kieszeni ciążyła nieznanym skażając nachalnie milczącą obecnością wszystko, w promieniu kilku metrów i szczelnie wypełniając pokój. Zamilkł nawet tykający zegar, tak, że jedynym słyszanym odgłosem były słabe próby zaczerpnięcia tchu dochodzące z obdrapanej alkowy. Wziął książkę i próbował czytać, umysł odrzucił jednak wszelką współpracę z okiem; myśli uciekały przez króliczą, niewidzialną norę prosto z zadrukowanych kart.

 

***

 

Stary zegar pokazywał, że za sześć minut wybije dwudziesta trzecia godzina niedzieli. Ociągając się, przywdział kurtkę i ostrożnie, cicho, żeby nie budzić zmarłych, uchylił drzwi. Mrok otulił go niczym dobrze dopasowany płaszcz; wciskał się nawet w oczodoły, jakby chcąc oszczędzić rozczarowań i martwoty, którą chował w sercu. Z przestudiowaną po stokroć kartką, skierował kroki ku wypisanej zgrabnymi skreśleniami ulicy.

 

***

 

Przed wysokim, zadbanym budynkiem stała brama; z jej betonowych dziąseł wystawały zimne, powleczone rdzą kły. Nacisnął dzwonek i usłyszał szczęk automatycznego zamka, zimnego, jak wszechobecna noc. Szczęk nieśmiało zburzył ciszę, niczym kamień rujnujący zamek ze szkła. Niepewnie wszedł na podwórko i podszedł do dębowych drzwi osadzonych we wnęce futryny. Nie dostrzegłszy dzwonka, nacisnął klamkę, która z rozmysłem ustąpiła. Wkroczył na kolejny stopień mroku – przytulna ciemność obitego suknem korytarza. Cisza wyścielała długi na milę korytarz, i zdawało się, że budzi do życia kształty i wspomnienia. Pomyślał o tapczanie, i małej, zatęchłej figurce. Łapał refleksy z kolejnego pomieszczenia znajdującego się na jego końcu. Spod zamkniętych drzwi nieśmiało uciekało światło, by spotkać się w objęciach nocy ze swym odwiecznym wrogiem i zginąć. Z bijącym sercem, po raz wtóry mając nadzieję na to, iż te będą zamknięte, nacisnął klamkę. Zewsząd rozległo się rzężenie zegarów.

Jasne pomieszczenie obite było lustrami niczym tapetą. Dookoła stały i wisiały zegary z różnych epok i czasów; kunsztownie wykonane zegary analogiczne i naprędce wypluta, chińska tandeta stały ramię w ramię, tworząc pusty prostokąt jedynie miejscu, w którym wszedł do środka. Po zaburzonej przez lustra lewej stronie dostrzegł przesypującą piasek klepsydrę. Na tyle, na ile zaobserwować mógł to ze swego miejsca, wrośnięty w puchowy dywan, dostrzegał, iż każdy z zegarów odmierza inny czas, tak więc co kilkadziesiąt sekund gdzieś biła godzina. Niektóre spośród nich zmyślnie ustawione były tyłem do obserwatora, przodem zaś do luster – te odmierzały czas w drugą stronę, niczym rzeka, która z rozmysłem zmieniła kierunek.

 

***

 

Zauważył w końcu, iż przygląda mu się mężczyzna. Poznał go po butach. Otworzył usta, lecz został uciszony: mężczyzna z ocienioną twarzą uniósł do góry dłoń w geście przywitania, którym nakazał milczenie, a który sam znał jedynie z podręczników historii i czarno-białych zdjęć.

– Tak jest dobrze. Tamten – wskazał na jedyny zakurzony w pomieszczeniu zegar – jest twój. Ciężkie zwierciadło astmatycznie zwiedzało dwie dostępne sobie strony świata. Umieszczone wyżej wskazówki tworzyły niemal kąt prosty: długa i wąska wskazywała 44 minutę, ta grubsza zaś zatrzymała się o jedną czwartą długości przed północą.

– Ale to bez… – przerwał naturalnie, zupełnie, jakby wpleciona w jego usta cisza wydobywała się stamtąd od wieków. Jeden z zegarów wybił północ, i dwanaście wolnych uderzeń drgało czysto w lustrzanej sali.

– … znaczenia – dokończył nonszalancko – ten raz należy do ciebie, możesz wybrać, możesz wybrać wszystko. Zapisz to tam – wskazał na rokokowy stolik na kształtnych nogach, który stał w prawym rogu.

– Możesz wybrać wszystko, ale tylko raz, tylko teraz. Wszystko – stwierdził. Cofnął się – i zapinając górny guzik drogiej marynarki – opuścił scenę zupełnie tak, jak na nią wszedł – z milczącą gracją i podniesioną głową.

Patrzył, jak odchodzi i jego żal przetkał odór strachu. Stąpając delikatnie podszedł do wskazanego stolika; tkwiła na nim nieskazitelnie czysta srebrna taca, na której wypatrywał rdzawych plam – pozostałości po pewnym proroku. Zamiast jego głowy tkwiła na niej jednak dobrze znana, złożona kartka z kredowego papieru. Ujął w dłoń złote pióro, które z nabożną czcią obracał raz po raz, zachwycając się misternym ostrzem skuwki. Rozłożył kartę i spojrzał przed siebie.

To były oczy.

Patrzył w oczy, które wiedziały, iż nie dostąpią zbawienia. Wszelka myśl o tym zdawała się być wypisana na ich dnie, na ciemnych stronach szarych księżyców, gdzie w nieznanym języku ryli pierwsi ludzie. Spoglądał wprost przez okno do dusznego, wiekowego, obłożonego klątwą wygnania pokoju bez drzwi i okien, z leżącą od stu lat nieruchomo matką. Szare oczy były otwarte. Pochylił się nad tacą, i drżącą dłonią skreślił słowo, które szczelnie wypełniło karteczkę. Zgiął ją powtórnie, i szybko, nie oglądając się za siebie, wyszedł z pomieszczenia.

Zegar wybił północ i zamilkł, z nim zaś zgasły – przynajmniej na chwilę – inne dźwięki. Przynajmniej na kilka uderzeń serca.

Gdzieś wysoko milczały gwiazdy.

 

3 odpowiedzi do “Zegar”

  1. Hm, tekst jest bardzo… literacki. Artystyczno-literacki. Skojarzyło mi się trochę z krótkimi formami Aleksandra Wata. Piękne słowa, długie zdania, artystyczna konstrukcje, głębokie przesłanie. Ale… nudno się to trochę czyta i czytelnik niewiele z tego wynosi. Widać, że masz talent, dużą wiedzę humanistyczną i wrażliwość na słowa. Chętnie bym poczytał coś Twojego, ale lżejszego, bardziej przystępnego, mniej artystycznego.

    1. Dzięki za komentarz:p jeśli chodzi o lżejsze teksty masz je dostępne na stronie – nie mam pojęcia czy Cię zaciekawią, może jednak warto zaryzkować?:p Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *