Czwartek trzynastego

Podbudowany na ciele i duchu, którego prędko wzmocnił krzepkim, tanim arcydziełem sztuki browarniczej za złoty dwadzieścia dziewięć siedział i myślał. Siedział i myślał, a główny towar eksportowy sklepu szybko przemykał mu przez gardło, wprawiając w stan pokrewny euforii, ale i lekkiemu zaniepokojeniu, które – przynajmniej na moment – wyparte zostało dzięki trunkowi o konsystencji, kolorze i smaku uryny.

ja czuł się teraz absolutnym panem nieba i ziemi, stwierdził jednak, że nie będzie próbował chodzić po wodzie, skoro jeszcze chwila, i będzie potrafił malowniczo czołgać się po piwie, zostawiając odciski palców na puszystym dywanie.

Prezes ani skrzecząca asystentka jeszcze nie dzwonili, ale to wszak Prezes – jak pomyślał z emfazą – i jego słowo jest prawem. A skoro obiecał to obiecał. Kontakt. Telefon. Gołębia. Cokolwiek. Zwrócił więc ja lotny wówczas umysł w inną stronę. Tę niepokojącą, w przeciwieństwie do swojej błyskawicznie zmieniającej się in plus sytuacji zawodowej.

Myślał o kraju, którego sam – w tym pijackim zwidzie – był metaforą. Kiedy wydawało się mu bowiem, że już jest na ostatniej prostej, wstaje z kolan i osiąga względną równowagę w drodze do lodówki to znów zniosło, znów przygwoździło, znów coś było nie tak. Już o czymś takim czytał. Gdzieś, kiedyś, czytając tych, którzy również myśleli że już przecież gorzej być nie może, że jednostka raczej nie zadecyduje już o losach ogółu, że wszelkie gwałty na demokracji skończyły się po feudalizmie, po zaborach, po wojnie, po obaleniu muru. Historia jednak lubi się powtarzać, szczególnie wtedy – pomyślał – gdy ci, którzy pamiętali, przyciskani są wiekiem trumny.

Ja z uporem maniaka wysłuchiwał radiowej pogadanki o sądzie, że to niezbędne, że tak będzie lepiej, że to cios we wrogów państwa (Państwa?), że zachodnia cywilizacja upada a my uparcie opieramy się falom, że nasz okręt Polską zwany pruje przez morza, oceany, że w sumie to i zapierdala i nikt za nami nie nadąża, dlatego tak nas oceniają. Dlatego na nas psioczą, bo przecież my mamy rację i dobrze, żebyś się z nami zgodził, bo jeśli nie, to za burtę, i płyń sam, a jeśli nie potrafisz to giń sam. Oburzony ja słuchał, i scrollował sypiące się zewsząd komentarze rugające aktualne decyzje decyzyjnych.

Było trzynastego po dwunastej, w najlepsze więc trwała pora, w której dżentelmenom wypadało zaglądnąć do kufla bez narażania się na ostracyzm i osądy bliźnich, którzy również z tego szlacheckiego przywileju korzystali w sposób pełny i doskonały, uzupełniając wiedzę ruchami kciuka na pilocie.

– Czemu nikt nie weźmie tego w swoje ręce? – pomyślał ja, – co może być ważniejsze wolność, równość i braterstwo? – zapytał sam siebie w szale, który wszystkim wydawać mógłby się śmieszny, nieco groteskowy. I wówczas niespodziewanie zadzwonił spodziewany już od kilku chwil telefon. Ja odebrał z przejęciem błyskawicznie zamykając stronę, wypierając się przekonań, nazwiska i poglądów, stwierdzając błyskawicznie, że jego to nie dotyczy, że zrobił co może, a czego nie może nie zrobi, że szkoda czasu, Zachodu, pieniędzy, zdrowia i darmowej opieki w NFZ, że szkoda pięćset plus, gdyby przypadkiem się trafiło, że w sumie Polak zawsze narzeka, że lepiej w kraju niż na obczyźnie, że przecież da się żyć. Sięgając służalczo po telefon odłożył na bok rojenia wariata.

Dzwonił Prezes. Wymieniwszy rutynowe „dzień dobry” pogrążyli się w ożywionej dyspucie na temat stanu pogody.

A gdzieś z boku zachrypnięty Kazik Staszewski znanym tylko sobie sposobem pytał nieco retorycznie i niewiadomo kogo, coście skurwysyny uczynili z tą krainą?

Prolog – 06:34

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy. Budzik – dopóki go nie wyłączysz. Sytuacja, zdawać by się mogło, powszednia, i to na tyle, iż zatracić powinna cały tragizm jednostki skazanej na bezproduktywne porzucenie mglistej krainy snu na rzecz realnego ekwiwalentu. Siłą rzeczy jednak nie sposób się do niej przyzwyczaić. Mój bohater – załóżmy, iż zatytułuję go dość niepozornie – ja, niepomny na przestrogi ostatnich lat, podczas których nieustannie ćwiczył się w trudach wstawania o 6.00 i błyskawicznego parzenia kawy, znów położył się za późno. Kilka chwil dość szybko znalazło groteskowe odzwierciedlenie na tarczy zegarka, którą o 2.56 usytuował na brązowym, peerelowskim stoliku z historią, której nie powstydziłby się król Maroko. Ja więc, ułożył się dość schludnie w ramionach ukochanej, świadom tego, iż za nieco ponad 3 godziny skazan zostanie na trudy dnia kolejnego, zaś mimo to dzielnie zamknął oczy – następnie zaś z trudem je otworzył w takt słów wyrzucanych przez Organka. Rytualnie zaparzył kawę, którą staropolskim obyczajem sączył dokładnie przez czterdzieści cztery minuty i rozmyślał o bliżej nieokreślonej (i raczej odległej) przyszłości, którą definiował zapewne jak większość z nas.

– Będę… – myślał, i w głowie pojawiały mu się miliony konfiguracji z sobą pośrodku. Z natury próżny, widział się na szczycie list przebojów/bestsellerów/wiadomości, w zależności od tego, czy chciał śpiewać, pisać, czy pozabijać wszystkich wokół. Dziś stanęło na pisaniu, dlatego też mordercze zamiary odsunął na tyle daleko, iż wszyscy w promieniu tysiąca dwustu kilometrów odetchnęli z ulgą. Radom zaczął wiwatować.

Z miłością spojrzał na tę, którą wybrał i która spojrzała na niego łaskawym, potężnie znietrzeźwionym okiem, decydując się tym samym na miłość, wierność i wspólne poranki. Poranki, które dla ja były syntezą zapachu kawy, łagodnych refleksów słońca i miarowego napierdalania się sąsiadów z usytuowanego na 9 piętrze mieszkania, wychowanych w duchu ustawicznego, coporannego kultu pracy narzędziem bliżej nieokreślonym, natomiast w nocy oddającym się iście patriotycznym poszukiwaniom podlewanego raz za razem sensu życia. Ja był absolutnie wyrozumiały w stosunku do literacko-pijackich wieczorów – szanował, a może i podziwiał zaprawione w bojach umysły, które nie spały, aby spać mógł on. Uchwycił zirytowany i gromowładny  wzrok budzącej się K., który przypomniał mu o zbliżającym się ponoć kresie czasów. Milczała. Ona milczała, ale powiem coś ja – pomyślał ja. A jeszcze lepiej, napiszę. Wprost, bez ogródek i zwyczajowego pierdolamento. Wróć – stwierdził po chwili płytkiej refleksji – ze zwielokrotnionym pierdolamento, bo o to wszak ma chodzić. Napiszę o poszukiwaniu… Graala? – zapytał siebie w myślach, po czym błyskawicznie to odrzucił  – nie, to za łatwe. Napiszę o poszukiwaniu pracy w Polsce, w Rzeszowie, w zawodzie, amen.