9:04

Telefon milczał zupełnie, jakby ktoś związał go w supeł, który dodatkowo zabetonowany i pogrzebany został kilka metrów pod ziemią, tudzież wrzucony w niezbadane odmęty Wisłoka przez hołdujących socjalistycznym przykładom rozwiązywania spraw beznadziejnych obywateli. Telefon więc milczał, a i sam supeł był tylko metaforą, na której dzisiejszego poranka ja – będący w parszywym nastroju – chciałby zadyndać i zacząć przynajmniej udawać żyrandol, przysługując się ojczyźnie, społeczeństwu i ruchom ekologicznym. Sam dzień natomiast był zaprzeczeniem budzącej się wraz z wiosną melancholii ja – ptaszki ćwierkały, zaś ktoś u góry uparcie, acz nieudolnie ćwiczył grać Marsz turecki, który skutecznie udało mu się przerobić na Marsz żałobny w sposób tak doskonały, iż ja gwałtownie powstrzymywał się od błyskawicznego uchylenia drzwi balkonowych i pięknego, rozbijającego strukturę wszechświata skoku.

Ze  wschodu dął zimny, rozrywający zbite w gromadę chmury wiatr, który dość skutecznie  wybijał z głowy majowe plany i bulwarowe libacje, wywołując smutek i uszczuplając i tak skromne premie straży miejskiej, na czym cierpiał i budżet państwa, i sami zainteresowani.

Mimo wszystko nic jednak nie zapowiadało zbliżającej się wielkimi krokami tragedii.

Zajęty wtykaniem sobie wskazujących palców do uszu, walką z napierającym weltschmerzem  i wygodniejszym moszczeniem się na sofie ja odczuł nagle ciężką, milczącą obecność. Obcy skrywał się w przedpokoju. Wiedział, po co się tam znalazł. Chodziło mu o niego – tylko i wyłącznie. Bob mógł być wyłącznie zakładnikiem, mięsem armatnim lub biernym, leniwym obserwatorem z wyleniałym dupskiem, przy czym ostatni z opisów był chyba możliwie najbliższy prawdy.

ja błyskawicznie ocenił sytuację. Czując każdy promień światła i tańczące na nich pyłki skoczył w stronę szafki. Tak, to była jego jedyna nadzieja. Był szybki. Jednak i to nie wystarczyło. Dopadł go z prędkością gołębia zrzucającego wiadomą treść wprost na czarny, lśniący samochód.

Pierwszy był ból gardła, przeszywający i parszywy, jak stado pcheł. Następnie nos ja zaczął wypuszczać siebie potoki mazi. Otępiały słuch nie łapał wszystkich, fałszywych tonów z mieszkania obok, co było plusem zdającym się początkowo rekompensować chociaż w części przeżywany dramat. Ja z rezygnacją sięgnął po leżący na stoliku tuż obok laptopa telefon, i walcząc z pierońskim bólem głowy naskrobał do K. dwa słowa. Były proste, jednak w morderczej, wywołanej przez ja konfiguracji wywoływały paroksyzm bólu i cierpiętnicze grymasy na twarzy każdej kobiety. Mam katar.

Jego nos zafurkotał jak silnik od Stara. Chyba nie było już odwrotu. Czekał na ratunek.

19.16

Gęsta, rozlewająca się w poczekalni cisza unosiła się coraz wyżej. By zaczerpnąć tchu trzeba było już wyciągnąć szyję i przytknąć nos do włączonego klimatyzatora, przy którym wyczuwalny był swojski, leśny aromat grzyba. Ja wdychając zawzięcie intensywną woń rozluźnił się do reszty: przed oczyma jak żywa stanęła mu sielska kraina dzieciństwa z zapuszczonymi, peerelowskimi cudami architektury utrzymanymi w wyjątkowo modnej i uniwersalnej brudnoszarej kolorystyce, z gdzieniegdzie przebijającą się niczym student przez sesję trawą. Polska, którą czyszcząca kible za granicą elita intelektualna jednogłośnie ochrzciła mianem „zadupia”, „ciemnogrodu” albo i „Polski C”, budziła w ja wyłącznie dobre skojarzenia – niedługo zresztą miał zamiar ją odwiedzić i w jedyny sobie znany sposób cofnąć się o kilka lat wstecz.

Ciszę rozdarł skrzeczący głos sekretarki. Rzut oka wzmocnił jedynie wrażenie wywołane wcześniejsza rozmową – widać było, iż już na dobre zacumowała przy porcie z napisem „30”, do którego sam głos ledwie dobijał. A było co. Raczej krępawa i niska, mogłaby zostać największą z muz Rubensa – z racji i gabarytów, i ochoczo eksponowanych kształtów w kilka rozmiarów za małych ciuchach. Zachwyciła wszystkich zgromadzonych: student kulturoznawstwa wstał i zamaszyście podał jej rękę, natomiast gość z kotem w CV ziewnął z przejęciem. Ja, doskonale znający kulisy damsko-męskich relacji zawodowych, milczał. Zrobiło to na niej piorunujące wrażenie i wskazała mu miejsce po swojej prawicy.

– Dziękuję za przybycie – stwierdziła, mrużąc oczy i obciągając top. Wszyscy w porozumieniu skinęli głowami.

– Jak widzicie, konkurencja i zainteresowanie są ogromne. Ogłosiliśmy się na i w Internecie, i na słupie przy OSP w Bziance – na te słowa Gość z kotem w CV tajemniczo zmrużył oczy, na co urocza rozmówczyni nie zareagowała.

– Pierwszym z dwudziestu trzech etapów rekrutacji będzie test na inteligencję. Widzicie tę puszkę? – zapytała, wskazując na owalny, zabezpieczony kłódką przedmiot. I znów jednogłośnie kiwnęli głowami. Asystentka, zadowolona z niebywałej przenikliwości skinęła z uznaniem.

– Wrzućcie do niej najwyższy nominał, jaki macie teraz przy sobie.

Wszyscy błyskawicznie wyjęli zużyte portfele. Kulturoznawca z nabożną czcią i drżącymi rękoma w oczekiwaniu na odmianę losu wrzucił dychę, która pamiętała zapewne czasy Mieszka, zapewne więc jako portret miałaby wartość większą niż obecnie. Gość z kotem w CV bez wahania zostawił pomięte dwadzieścia złotych. W tym czasie ja szukał z paniką w oczach i gulą w gardle czegoś, co nie byłoby zużytym biletem, paragonem czy też fikcyjną legitymacją Partii Przyjaciół Piwa jednak – o zgrozo! – niczego nie znalazł. Czując na sobie palące spojrzenia wrzucił do puszki swój wdowi grosz pomnożony razy 50. Moneta zabrzęczała obijając się o dno, a brzmiało to jak kres wszelkiej nadziei na znalezienie pracy. Pulchna sekretarka uśmiechnęła się:

– Świetnie, miło mi poinformować że wszyscy z panów przeszli pierwszy z etapów. Jedni lepiej, inni nieco słabiej – i tu zwróciła oczy ku ja – natomiast przeszli wszyscy. W takim razie dziękuję za przybycie, oddzwonimy. Proszę czekać na telefon, na pewno się skontaktuję.

Wspaniałe trio uśmiechnęło się – znów wspólnie, to nie mógł być przypadek – triumfalnie. Każdy poczuł się już niemal współpracownikiem, nie zaś rywalem z wybitnymi kwalifikacjami i chęcią rozniesienia w perzynę potencjalnego rywala. Wyszli rządkiem, a ja, już chwaląc się kolejnym sukcesem K., usłyszał tylko składane przez kobietę w pośpiechu zamówienie na dowóz makaronu.

– Biedna, wygląda na niedożywioną. Z pewnością się przepracowuje – pomyślał z rozrzewnieniem, utyskując na ciężki los niektórych.

9:31 – pierwszy z serii zapowiedzianych sukcesów

Pierwsze celne pchnięcie w walce z wiatrakami nadeszło jakąś godzinę po wysłaniu maila do anonimowej – reklamującej się jako ostoja dla młodych, zdolnych i ambitnych (vide ja) – firmy o bliżej niesprecyzowanych poglądach i oczekiwaniach w stosunku do potencjalnego pracownika. Nie wiadomo jak, co i po co, gdyż dział HR doszedł jednogłośnie do wniosku, iż każdy średnio rozgarnięty człowiek domyśli się, na jakie stanowisko aplikuje, dlatego też wszelkie informacje o jakiejkolwiek działalności objęte były klauzulą tajności w sposób tak doskonały, że nawet David Duchovny w swojej popisowej, serialowej roli mógłby się do nich nie dokopać. Wysłany przez ja mail zawierał kilo załączników nurzających się w morzu formy, ochoczo rezygnującej z wszelkiej treści poza ściśle wyłuszczoną między zdaniami chęcią wylizania tyłka. Sztuka ta, którą ja odkopać musiał zbrojny tylko i wyłącznie w stos internetowych poradników traktujących gdzie jak się zachować, czyją dłoń uścisnąć, a kogo bałwochwalczo i z całą serdecznością ucałować w tyłek, zaczynała sprawiać mu coraz mniejszą trudność. Zrozumiał, że istotne jest samo podejście, usłużne i jakby nieco przykucnięte, zaczął więc stanowczo obtaczać stosy CV w coraz miększe, bardziej puchate słowa mówiące o tym, iż każdy, kto łaskawie i w wolnej chwili zaszczyci spojrzeniem jego niegodne bazgroły zostanie obwołany  władcą świata i ciemności, amen. Strategia przyniosła skutek.

Ryk telefonu utorował sobie drogę pomiędzy warkotem kota a miauczeniem suszarki dobiegającej zza ściany. ja był w trakcie tworzenia zdania, które – gdyby nie niekorzystny wpływ planet – mogłoby paść i odmienić oblicze ziemi, tej ziemi. Finalnie jednak zatrzymało się na czubku języka i – delikatnie wyglądając na zewnątrz – zawróciło. Zaklął z cicha i sięgnął po telefon. Numer nieznany.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry panie ja – uroczo zaskrzeczała rozmówczyni, która na ucho dobijała zapewne ku tabliczce z napisem „30 lat i ani dnia mniej”.

– Dzwonię do pana ponieważ aplikował pan do naszej firmy, bez której ład-i-porządek-świata mógłby zostać zaburzony. Miło mi zaprosić pana również na pierwszy z dwudziestu trzech etapów rekrutacji, poprzedzający dni próbne, za które nie otrzyma pan ani grosza. Nadal jest pan zainteresowany?

– Zdecydowanie – krzyknął podniecony ja do głośniczka.

– Świetnie. W takim razie zapraszam na 19.30 do budynku przy ulicy Tej i Tamtej, ale ze swojej strony proszę, żeby przyszedł pan tak z dwie godziny wcześniej, mamy mnóstwo kandydatów. Poza panem aplikował student kulturoznawstwa i gość z wklejonym w CV zdjęciem kota. Konkurencja, jak pan widzi, nie śpi.

– Oczywiście, stawię się z chęcią – gorąco przytaknął ja potrafiący dostrzec powagę sytuacji – do widzenia – wrzasnął uradowany.

– Do widzenia panie ja.

Rozłączyli się jednocześnie naciskając na czerwony przycisk. ja czuł rosnące podniecenie. Czuł, że mógł schwytać Pana Boga za nogi. Pora napisać do K.

Prolog – 06:34

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy. Budzik – dopóki go nie wyłączysz. Sytuacja, zdawać by się mogło, powszednia, i to na tyle, iż zatracić powinna cały tragizm jednostki skazanej na bezproduktywne porzucenie mglistej krainy snu na rzecz realnego ekwiwalentu. Siłą rzeczy jednak nie sposób się do niej przyzwyczaić. Mój bohater – załóżmy, iż zatytułuję go dość niepozornie – ja, niepomny na przestrogi ostatnich lat, podczas których nieustannie ćwiczył się w trudach wstawania o 6.00 i błyskawicznego parzenia kawy, znów położył się za późno. Kilka chwil dość szybko znalazło groteskowe odzwierciedlenie na tarczy zegarka, którą o 2.56 usytuował na brązowym, peerelowskim stoliku z historią, której nie powstydziłby się król Maroko. Ja więc, ułożył się dość schludnie w ramionach ukochanej, świadom tego, iż za nieco ponad 3 godziny skazan zostanie na trudy dnia kolejnego, zaś mimo to dzielnie zamknął oczy – następnie zaś z trudem je otworzył w takt słów wyrzucanych przez Organka. Rytualnie zaparzył kawę, którą staropolskim obyczajem sączył dokładnie przez czterdzieści cztery minuty i rozmyślał o bliżej nieokreślonej (i raczej odległej) przyszłości, którą definiował zapewne jak większość z nas.

– Będę… – myślał, i w głowie pojawiały mu się miliony konfiguracji z sobą pośrodku. Z natury próżny, widział się na szczycie list przebojów/bestsellerów/wiadomości, w zależności od tego, czy chciał śpiewać, pisać, czy pozabijać wszystkich wokół. Dziś stanęło na pisaniu, dlatego też mordercze zamiary odsunął na tyle daleko, iż wszyscy w promieniu tysiąca dwustu kilometrów odetchnęli z ulgą. Radom zaczął wiwatować.

Z miłością spojrzał na tę, którą wybrał i która spojrzała na niego łaskawym, potężnie znietrzeźwionym okiem, decydując się tym samym na miłość, wierność i wspólne poranki. Poranki, które dla ja były syntezą zapachu kawy, łagodnych refleksów słońca i miarowego napierdalania się sąsiadów z usytuowanego na 9 piętrze mieszkania, wychowanych w duchu ustawicznego, coporannego kultu pracy narzędziem bliżej nieokreślonym, natomiast w nocy oddającym się iście patriotycznym poszukiwaniom podlewanego raz za razem sensu życia. Ja był absolutnie wyrozumiały w stosunku do literacko-pijackich wieczorów – szanował, a może i podziwiał zaprawione w bojach umysły, które nie spały, aby spać mógł on. Uchwycił zirytowany i gromowładny  wzrok budzącej się K., który przypomniał mu o zbliżającym się ponoć kresie czasów. Milczała. Ona milczała, ale powiem coś ja – pomyślał ja. A jeszcze lepiej, napiszę. Wprost, bez ogródek i zwyczajowego pierdolamento. Wróć – stwierdził po chwili płytkiej refleksji – ze zwielokrotnionym pierdolamento, bo o to wszak ma chodzić. Napiszę o poszukiwaniu… Graala? – zapytał siebie w myślach, po czym błyskawicznie to odrzucił  – nie, to za łatwe. Napiszę o poszukiwaniu pracy w Polsce, w Rzeszowie, w zawodzie, amen.