13:00

Słońce wesoło waliło po oczach sądząc zapewne, iż oferuje ja namiastkę raju, którzy jego pradziadowie ochoczo opuścili, wędrując z Edenu wprost ku wymarzonym, wschodnim rubieżom Polski. Niestety, słońce – świadomie lub nie – zostało wprowadzone w błąd, ja więc nerwowym gestem szarpnął za zasłonę, która zgodnie z regułą, gdy już się wali, to wszystko, zsunęła się z żabek, zrzucając je na ziemię, tworząc malowniczo romantyczny, postapokaliptyczny obraz, pełen bólu, płaczu i cierpienia. Gdy wydawało się, że sytuacja jest dramatyczna nadeszło wybawienie – dzwonek telefonu, który – domagając się błyskawicznej reakcji – pozwolił ja oddalić się od miejsca zbrodni i przynajmniej na moment wyrzucić je z pamięci, dzięki wybitnemu talentowi ja w zamiataniu problemów pod dywan.

Tak!, krzyknął w myślach, to był ten numer! Odebrał tłumiąc podniecenie.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry panie ja – uroczo zaskrzeczała sekretarka, jednak tym razem w skrzeku wychwycił donośne, patetyczne tony. Łzy stanęły mu w oczach, gdyż czuł się jak przy recytacji Reduty Ordona. Milczała. Ona wie, że wiem, pomyślał.

– Panie ja – zaczęła, łagodnie podnosząc ciśnienie i drażniąc go koślawym tembrem głosu – zostanie pan dopuszczony przed oblicze Najjaśniejszego Prezesa – stwierdziła z egzaltacją, wyrzucając z siebie zdanie szybciej, niż obsługa cekaemu pociski. Ja wydawało się, że mówiąc to, zaczęła również lewitować dobre kilka centymetrów nad swoim szerokim krzesłem i ze strachem pomyślał, co będzie, gdy w końcu opadnie, bynajmniej nie łagodnie, na wysiedziany stołek. Mimo to strach przed kataklizmem przyćmiony został przez nabożną treść skierowanych do niego słów.

– Z Prezesem…? – wydukał.

– Z Prezesem! – skrzeknęła mu do ucha tak głośno, że bębenki starte zostały w puch.

– Z Prezesem! – zawtórował ja.

– Ale nie z tym. Z naszym, zwykłym. Ale z Prezesem – stwierdziła.

Prezes to prezes, nie ulegało to najmniejszej wątpliwości i nie urągało w najmniejszym stopniu ani Prezesowi, ani ja, ani sekretarce.

– Drugi z etapów rekrutacji przeprowadzony zostanie w tym samym miejscu, ale o wcześniejszej porze, gdyż Prezes – zaakcentowała, i dla dodania powagi sytuacji powtórzyła – Prezes później ma masę zajęć niecierpiących zwłoki. Musi pograć w golfa, pójść na zakupy, gdyż ma przeogromną ochotę na Jacka Danielsa i zahaczyć o klub ze striptizem. Biedak – westchnęła – nie ma chwili czasu na przyziemne sprawy, tak jak ja albo pan, panie ja. To zajęty człowiek. Musi pan zrobić na Prezesie – niemal jęknęła – kapitalne pierwsze wrażenie. Lubi pieniądze, piękne kobiety i alkohol. O ile w pana wypadku – stwierdziła z ledwie wyczuwalną, zgryźliwą nutą niepokoju – dwa pierwsze elementy odpadają, radziłabym panu raczej pójść w trzeci, pewny.

– Dziękuję bardzo w takim razie.

– Dziękuję. I powodzenia, panie ja – pożegnała się, szeleszcząc przez słuchawkę rzęsami.

Ja uśmiechnął się cynicznie. Sprawy zaczęły przyjmować dobry obrót.